Justyna's profileot tak sobiePhotosBlogListsMore Tools Help

Blog


    November 17

    refleksje Lu

    "Natenczas Justynka chwyciła na biurku zamknięty... swój kompuś różowy - płaski, megaszybki, pojemny... jak Admin Ptyś oburącz pisać na nim zaczęła... Westchnęła, policzkami wzdrygnęła i oczkami mrugnęła... Zasunęła wpół powieki, wciągnęła wgłąb pól rozumku... I na ekran monitora wysłała cały zapas kodunku... I napisała: bleszczak jak wicher binarnym tchem wpuścił na rynek W7 i roznióśł to echem".
    November 16

    Bawaria a sprawa polska, czyli satyra polityczna w czasach zarazy

    Z Tomkiem Jachimkiem rozmawia Justyna Spychała

    Justyna Spychała (JS): Satyra z założenia ma ośmieszać i piętnować pewne zjawiska społeczne — co się dzieje z satyrą polityczną w Polsce, gdy politycy sami nam ową satyrę serwują? Czy satyra polityczna ma jeszcze rację bytu?

    Tomek Jachimek (TJ): Trudno ośmieszyć coś, co jest na tyle śmieszne samo w sobie. Dlatego satyra polityczna w Polsce ma się bardzo słabo. Mało kto to robi. A jeśli już, to robi to albo hm hm… nieudolnie — przykłady można znaleźć, ale ja się nie odważę na podanie konkretnych nazwisk — albo piętnując zjawiska, a nie konkretne osoby. Oczywiście, pojawia się mnóstwo żartów o Kaczyńskich czy o premierze Tusku, ale jak Boga kocham, słyszałem może ze dwa – trzy udane i to takie, które powstały na ulicy czy w Internecie, ale nie słyszałem, żeby jakiś satyryk miał coś ciekawego do powiedzenia.

    JS: A kiedy ostatnio według Ciebie jakiś satyryk miał coś ciekawego do powiedzenia?

    TJ: Ostatni taki dobry program pojawił się cztery lata temu — Neo-Nówka zrobiła tzw. „Moherowy program”. On piętnował pewną grupę społeczną — i to było takie bezpośrednie odniesienie nie tyle do grupy politycznej, ale do jakiejś grupy społecznej, która często się pojawia w dyskursie na temat polityki, bieżącej sytuacji. Oczywiście, są kabareciarze, są satyrycy, którzy nic innego nie robią, tylko wychodzą i mówią: „No… Kaczyńscy to są tacy, Tusk to jest taki, Gosiewski to jest taki, Schetyna to jest taki…” — i to są ich żarty, ale powiedzmy sobie szczerze, ja osobiście nie cenię tego typu rzeczy najmocniej. A takich kabaretów wziętych, uznanych, które by się zajmowały tylko i wyłącznie satyrą polityczną, po prostu nie ma.

    JS: W takim razie politycy karykaturując samych siebie, niszczą zjawisko satyry politycznej?

    TJ: To jest też jedna z zasadniczych przyczyn, natomiast istnieje też niepisana prawda satyryczna, że jeżeli chcesz coś obśmiać, chcesz na coś zwrócić uwagę, chcesz coś wyolbrzymić, to powinieneś to w jakiś sposób lubić. I to jest warunek nie do spełnienia.

    JS: Czyli satyra satyry nie jest już satyrą (mówimy cały czas o satyrze politycznej)?

    TJ: Lepiej bym tego nie ujął.

    JS: Czy sytuacja polityczna w Polsce ma wpływ na nasze poczucie humoru? Czy nasze poczucie humoru się zmienia?

    TJ: Patrząc przez pryzmat sytuacji politycznej? Nie, myślę, że jeżeli zmienia się, to zmienia się obiekt żartów. Zdaje się, że do niedawna śmialiśmy się z Włoszczowej, teraz się śmiejemy z cudów z Irlandii. Ale to nie jest tak, że zmienia się klimat żartowania, że zmienia się jakoś jego rodzaj, że poczucie humoru nam subtelnieje albo zaostrza. Zmieniają się nam tylko poszczególne tematy. Tak jak do niedawna tylko i wyłącznie był PiS na tapecie, to teraz coraz częściej na tej tapecie zjawia się Platforma — nie dlatego, że coś tam się pozmieniało w Polsce, ale dlatego, że Platforma zaczęła rządzić w Polsce, a PiS przestał… Ale poczucie humoru jest dokładnie takie samo.

    JS: Więc jak to jest? Jednak żartuje się z polityki?

    TJ: Tak, oczywiście, ale nie w takiej formie, jaką kojarzymy z satyrą. Można znaleźć mnóstwo żartów internetowych — a internauci generalnie nie oszczędzają nikogo, można znaleźć mnóstwo żartów jakichś takich na ulicy, jakichś programów publicystycznych typu — będę nieskromny w tym momencie — Szkło Kontaktowe, które są tworzone w miarę na bieżąco. Natomiast takiej klasycznej satyry, że wychodzi gość czy kabaret na scenę i jadą program, że „Tusk jest taki, a Kaczyński taki”, to takich rzeczy się raczej nie spotyka.

    JS: To co nas bawi teraz?

    TJ: Ja myślę, że to jest pytanie zbyt szerokie jak na mój prosty, skromny umysł, ponieważ nasz naród liczy sobie 40 milionów — z jakimś okładem, licząc emigrację — i znalezienie jednego wspólnego mianownika, który by śmieszył czterdzieści parę milionów osób jest po prostu niemożliwe, zwłaszcza że Polska jest krajem strasznie zróżnicowanym — wykształcenie, płeć, wiek...

    JS: To może weźmy średnią intelektualną…?

    TJ: Średnią intelektualną… Kobieta, mężczyzna, z dużego miasta, z małego miasta? — Gdybyśmy rozrysowali tego typu schemat, to może udałoby się coś ustalić, natomiast bez tego trudno powiedzieć… Powiem tak: niestety, najbardziej śmieszy Polaków żart pod tytułem „Bawaria” i to jeszcze „Bawaria” tak zwanych „niskich lotów”. Czyli weźmy „Świat według Kiepskich” — i nie mówimy o tej — bo ona tam jest — warstwie, która się gdzieś mieści pod skórą, tam, jak się dogrzebać, można coś znaleźć. Natomiast Polaków śmieszy to, że taki Grabowski — który moim skromnym zdaniem tworzy tam kreację — bo to jest kreacja aktorska, zagrać taką rolę — że on tam się drapie w pępek, że on beknie, że powie „mam pomysła”, a nie „mam pomysł” itd. I to jest ta pierwsza warstwa, ta najprostsza. I właśnie ten żart, to poczucie humoru ma niezliczone rzesze zwolenników, jeśli chodzi o nasz kraj.

    JS: A jak to działa na scenie?

    TJ: Wystarczy wejść na scenę i powiedzieć „d…”, wejść i powiedzieć cokolwiek innego, jakikolwiek inny brzydki wyraz — reakcje są zawsze — czy to będzie granie dla profesorów, czy to będzie granie dla inteligencji, czy to będzie granie dla amfiteatru, czy to będzie granie gdziekolwiek — użyj wulgaryzmu, to są zapewnione reakcje. Znam kabarety, które na niczym innym nie budują swoich programów, tylko na tym, żeby maksymalnie tam nakląć.

    JS: I to się sprawdza?

    TJ: No, może nie do końca, ale na początku dwa – trzy mocniejsze wyrażenia to jest sukces.

    JS: Naprawdę tylko to nas śmieszy?

    TJ: Powiedziałbym jeszcze o żarcie w stylu — pomijając wulgaryzmy, bo tam nie padają — „żart wiejski”, „żart chłopski”, „żart swojski” — np. „Sami swoi”. Na każde święta Kargul i Pawlak mogą być puszczani i na każde święta ogląda to parę ładnych milionów ludzi, mimo że to znają na pamięć, ale jak tam „Witia wierzchem jedzie! — Nie może być! Na kocie?!” itp., no to w ogóle „ha ha ha” — cała Polska ryczy ze śmiechu, co mi się osobiście średnio podoba, ale tak jest.

    JS: To w takim razie jak te nasze oczekiwania, o których powiedziałeś, wpływają obecnie na poziom artystyczno-merytoryczny satyry politycznej?

    TJ: Powiem szczerze, że chyba nie wpływają w ogóle.

    JS: Czyli nie oczekujemy więcej?

    TJ: To zależy kto — jeżeli przychodzi inteligentna, rzutka dziennikarka albo studentka (która musi zrobić wywiad na zaliczenie), to podejrzewam, że ona gdzieś tam w zaciszu swojego serducha czegoś oczekuje, jak ogląda program telewizyjny z kabareciarzami. Ale generalnie te rzesze podstawowe — z całą sympatią wobec nich — one chyba niczego nie oczekują, one uważają, że tak jest dobrze, jak jest. Dobry przykład: jakakolwiek próba telewizyjna — nie mówię estradowa, nie mówię sceniczna, nie mówię teatralna — jakakolwiek telewizyjna próba zrobienia czegoś inaczej w świecie kabaretu najprawdopodobniej — na 99% — kończy się klęską.

     JS: Dlaczego tak uważasz?

    TJ: Najlepszym tego przykładem jest Kabaret Starszych Panów — kiedyś wszyscy go oglądali, a oglądali go dlatego, ponieważ był jeden program w telewizji, więc to było modne. Abstrahując, to były znakomite rzeczy, natomiast jeżeli by dzisiaj pan Jeremi Przybora albo Jerzy Wasowski albo we dwóch poszli do telewizji — już nie mówię do komercyjnej, nie mówię do Telewizji Polskiej — i powiedzieli „Szanowny panie prezesie (szanowna pani prezes), mamy taki pomysł: będziemy pisali liryczne wiersze, kolega zrobi do tego świetną muzykę, będą to wystawiali aktorzy, a nasze dialogi między piosenkami będą się kręciły według takiej delikatnej nutki absurdu. My będziemy poubierani we fraki i to będzie takie bez tempa, nie będziemy w ogóle zmieniali scenografii, tylko będziemy sobie gadali i to będzie takim językiem albo przedwojennej inteligencji albo inteligencji świeżo powojennej. I co pani na to, pani prezes, i co pan na to, panie prezesie?” — myślę, że ta rozmowa trwałaby 8 sekund z zamknięciem klamki od drugiej strony przez panów Przyborę i Wasowskiego. Po prostu nie ma na coś takiego miejsca.

    JS: Nikt nie próbował tego sprawdzić?

    TJ: Kiedy Telewizja Polonia zrobiła dwa czy trzy lata temu taką akcję, że puszczamy Kabaret Starszych Panów – i puścili, to oglądalność była na poziomie 75 tysięcy ludzi, a to jest żenująco mało jak na jakikolwiek program w telewizyjny — a to było o w miarę przyzwoitej godzinie, bo o 21. I to się po 6 – 7 godzinach powtarzało, bo to Telewizja Polonia, więc dla Amerykanów, dla polonii polskiej w Ameryce oczywiście, bo nie sądzę, żeby jakiś amerykański farmer spod Chicago oglądał sobie Kabaret Starszych Panów na TV Polonia. Sumując te wyniki, to było tak, że odcinek był oglądany przez mniej więcej 75 tysięcy ludzi, co jest wynikiem skrajnie niskim.

    JS: A z drugiej strony, kiedy Turnau wydaje płytę, na której śpiewa „Moja dziewuszka nie ma serduszka”, ludzie są zachwyceni, o czym świadczy liczba sprzedanych płyt.

    TJ: Ile to było płyt? Jaki to był wynik? Złota płyta? Grzegorz Turnau wygrał z Dodą, z grupą Feel? To zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Jest oczywiście w Polsce spore grono odbiorców — tylko teraz też musielibyśmy się zastanowić nad liczbą, która oznacza „spore” — które ceni sobie inne poczucie humoru. Tu właśnie Kabaret Starszych Panów jest doskonałym przykładem, że można bawić inaczej — Grzegorz Turnau nagrywa piosenkę „Moja dziewuszka nie ma serduszka” itd. i znajduje słuchaczy, to znaczy, że można to robić. Natomiast jeżeli mielibyśmy wytyczyć taką podstawową średnią dla mas, to będzie ona niestety dość niska albo dosyć mało wybredna.

    JS: A co z wpływem tego, co się dzieje w polityce na ten sam poziom, o którym mówiliśmy. Czy to, że jest zabawnie w sejmie, wymaga od satyryków więcej — żeby było jeszcze zabawniej?

    TJ: Nie chcę się wypowiadać w imieniu całej grupy satyryków, bo nie mam takich uprawnień, ale wydaje mi się, że satyrycy się tym za bardzo nie przejmują. Wiedzą oczywiście, kim jest Andrzej Lepper, wiedzą, kto to jest prezydent Kaczyński, bo przecież generalnie żyją z tego, że obserwują świat i jakoś go tam opisują, przekładają na swoje, natomiast to, że głupio się wypowie poseł X czy poseł Y czy beznadziejnie śmieszną przemową błyśnie pani senator Z albo pan senator Ó, nie ma najmniejszego wpływu na to, co satyryk będzie tam przy biurku pisał (czy gdzieś tam, nie wiem, gdzie pisze — w samochodzie czy w hotelu po koncercie), co sobie będzie kombinował zabawnego, więc nie dopatrywałbym się powiązania.

    JS: A co z wydarzeniami ważnymi dla wszystkich Polaków?

    TJ: Oczywiście, jeżeli jest wydarzenie pod tytułem „Polska wstępuje do Unii Europejskiej”, „Polska przyjmuje euro”, „Polska organizuje Euro 2012”, to jak najbardziej te tematy się pojawiają gdzieś w jakiś specyficzny sposób — czy to będzie jedna tak zwana szpilka wsadzona, czy to będzie monolog, czy to będzie cały program na ten temat. Ale to jest bardziej ze zjawisk niż z poszczególnych postaci, poszczególnych partii, poszczególnych tam sympatii politycznych.

    JS: Moje ostatnie pytanie dotyczy Szkła kontaktowego. Szkło cieszy się ogromną popularnością…

    TJ: …„ogromną” to znowu wartość względna, z Feelem nie rywalizujemy…

    JS: …cieszy się względnie ogromną popularnością. Czy określiłbyś Szkło Kontaktowe mianem programu satyrycznego — w końcu jest tam prawie sama polityka, a już sobie wyjaśniliśmy, że polityka i satyra nie idą w parze?

    TJ: To jest program satyryczny. Hm… Powiedziałbym: satyryczno-publicystyczny. Dlatego satyryczno-publicystyczny, a nie tylko satyryczny, że my naprawdę nie gonimy za dowcipem — pokazujemy filmiki, które w jakiś sposób mogą być śmieszne i je sobie komentujemy. To jest tak, jak sobie w tym momencie rozmawiamy. Jeżeli pojawi się żart — bardzo fajnie, bardzo miło itd. Natomiast jeżeli ten żart się nie pojawi, absolutnie nie wpływa to ani na nasze samopoczucie, ani na — mam nadzieję — samopoczucie widzów. Oczywiście, są widzowie, którzy mówią: „A, dobra, program satyryczny, a bo tutaj siedzą dwa pryki stare (tudzież dwa pryki nieco młodsze) i sobie tam pitolą. To w ogóle nie jest śmieszne”. Jak najbardziej, święta racja, bo to nie ma być śmieszne na zasadzie kabaretowej, to nie ma być śmieszne na zasadzie „Samych swoich”.

    JS: Co zatem decyduje o sukcesie Szkła?

    TJ: Redaktor Miecugow, który przedstawiał ideę programu, powiedział: „Spotyka się dwóch facetów w kawiarni…” — oczywiście brakuje tych absolutnie pewnych elementów, które się pojawiają w kawiarni, kiedy się spotyka dwóch facetów — my siedzimy przy szklaneczce wody i nie używamy słów wulgarnych. A tak poza tym gadamy sobie normalnie. I sukcesem tego programu jest to, że jeżeli jest to satyra, jest to satyra robiona w inny sposób od powszechnie obowiązującego w mediach, czyli możemy się uśmiechnąć, możemy sobie mrugnąć okiem, ale w ogóle nie gonimy za tak zwaną szybką, mocną puentą.

     JS: Czy w takim razie ta mocna puenta przychodzi Wam naturalnie?

    TJ: Jeżeli tej puenty nie ma nawet przez 7 minut, nic się nie dzieje, spokojnie mamy rozmawiać. Tutaj urokiem ma być — nie wiem, czy jest, bo nie mnie to oceniać — urokiem ma być właśnie spokojna wymiana zdań, jakieś celne komentarze, zwrócenie uwagi na coś. Przecież TVN24 od rana do nocy pokazuje serwisy, robi reportaże, przychodzą eksperci, przychodzą bezpośredni bohaterowie wydarzeń. Bylibyśmy wtórni wobec tych ludzi, gdybyśmy robili dokładnie to samo od tej strony. A my staramy się spojrzeć na to od tyłu, z ukocha minimalnego.

    JS: I podsumować?

    TJ: I podsumować. Jeśli się uda, to oczywiście tak.

    JS: Masz jakieś ciekawe spostrzeżenia odnośnie tej pracy?

    TJ: To nie jest praca, to jest przyjemność. To jest raz na tydzień, wieczorem, i tak bym pewnie nic innego nie robił, tylko oglądał ligę angielską i to najprawdopodobniej z piwem, a tak można się tam intelektualnie wyżyć. Jakby nie było, posiedzenie godziny z redaktorem Miecugowem czy z redaktorem Sianeckim w takim bezpośrednim dialogu, gdzie ten dialog — daję tutaj słowo honoru — jest naprawdę na żywo, nam nikt tego nie pisze, my sobie siadamy i zupełnie nie wiemy, w którą stronę to się potoczy — wiemy, jakie będą filmiki, to oczywiste, ale w którą stronę to się potoczy, nie wiemy, z rytmu wybijają nas telefony… To jest duża frajda.

    JS: Zatem, drodzy Czytelnicy, Bawaria nam niestraszna. Póki na warcie stoi Tomek Jachimek ze Szkiełkiem i (czujnym) okiem, możemy spać spokojnie.


    November 10

    Groovy oswojony

    W ramach warsztatów programistycznych na PJWSTK uczymy się języka Groovy, który - jak sama nazwa wskazuje - jest cudny, rewelacyjny i w dechę  : P. Tylko... czy wielu z Was o nim słyszało? Założę się, że nie. Brak polskiej dokumentacji też o czymś świadczy. No nic, podobno przy wyborze języka programowania liczy się jego przydatność, a Groovy to taka lepsza java, więc kto wie, może za rok - dwa wszyscy będziemy się porozumiewać w Groovy?  :)
    October 30

    Prawdy gimnazjalne

    Dowiedziałam się dziś od uczniów gimnazjum, że wcielając się w Strzelca ze "Świtezianki", można śmiało powiedzieć: "Myślałem, że ta, co jej wierność przysięgałem, jest najładniejsza na maksa, ale tamta była ładniejsza, to z nią poszłem, nie?". A Eliza O. pisała komedie. Starogreckie. Serio-serio : ).
    Uwielbiam to : ))).
    October 26

    jesiennie

    Coraz bardziej jesiennie, coraz bardziej lirycznie mi...
    To stary wiersz, sprzed dobrych kilku lat, ale tak ładnie mi dziś brzmi... Tak jesiennie...

    I na słowa "STAŃ SIĘ"
    nie wiruje już ziemia
    Na smutek nie ma recepty,
    Bo już ostatni przyjaciel
    skrzydła szykuje do lotu
    Odgarniam nie moje włosy z czoła
    Na mój strach już nie reaguje czułością
    Rozglądać się wkoło i nic nie widzieć
    Jak grzecznościowy uśmiech
    na powitane, -żegnanie, cześć
    Nie umiem, nie umiem, nie chcę... pomogę
    Nikt nie puka w okno o brzasku
    Nikt nie niepokoi nocą tylko nic
    pokoi nie mnie
    I nie wiesz, ile ma lat
    ta iluzja, co lekką ironią
    trzyma Cię przy sobie mnie
    Nas razem mnie ma bez blasku
    Ale znów za późno chciałam przytul
    Jakkolwiek bez znaczenia, czy zmienię dziś adres
    Jak nadal czekać na znów pierwszą miłość
    Ostatni spojrzenia leczniczy wpływ
    Leciutki zamęt, w zamku klucza szept
    Nie odchodź, nie dziś, nie od
    Bo smutek w oczy coraz pewniej wkracza
    Zostań niepewnością, zostań niedomówieniem
    Łzą poranka, co moczy wzruszenie
    Moimi "STAŃ SIĘ"
    stworzyłam Ciebie


    October 25

    dilbertowe

    "I ty mówisz, że programowanie jest trudne?! W moich czasach pisało się tylko za pomocą zer! Nawet jedynek nie było!"
    :-)
    October 15

    W 7

    Ostatnio w Warszawie jechało przede mną autko o numerze rejestracyjnym: W7 SEVEN. Gratuluję pomysłu i nie ukrywam, że trochę zazdroszczę : ). Ciekawe, jakiego systemu używa kierowca?: )
    October 11

    Relacja z MTS

    Wspólnie z Piotrkiem Pawlikiem napisałam relację z MTS. Żeby się nie powtarzać i nie dublować zawartości odsyłam po prostu do źródła.

    October 04

    pokolenie I'm a PC : )

    Jak ktoś jeszcze nie widział słodziutkiej reklamy Power Pointa, to tutaj jest : ).
    Ja w tym wieku miałam podobne problemy, ale chmurki z wypowiedziami zwierzątek rysowałam ręcznie ;-).

    Co robić z dziećmi usuwanych rodziców?

    Czy Wy też uwielbiacie dziwne sformułowania w bazodanowych artykułach?: )
    September 17

    To, co dzieci lubią najbardziej.

    --- Treść bajki niekoniecznie musi być zgodna z prawdą. Jest to jedynie wariacja na temat bajki o trzech małych świnkach. Poprawność merytoryczna pozostawia wiele do życzenia, dlatego też proszę o podejście do niej z dystansem i z przymrużeniem oka. ---

    Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami mieszkała rodzina: mama, tata i trzech synów. Pewnego dnia synowie powiedzieli rodzicom, że czują się już dorośli i chcieliby opuścić dom i rozpocząć samodzielne życie. Rodzice się zgodzili, pod warunkiem że synowie będą się trzymać razem i wzajemnie sobie pomagać. Na pożegnanie mama westchnęła i otarła łzę z matrycy, a tata zaburczał radiatorem i odciął ich od swojej centralki.
    Synowie, lekko przerażeni, ale też podnieceni wizją nowego życia, ruszyli przed siebie. Nie wiedzieli jeszcze, co ich czeka w złym świecie rządzonym przez robaki, wirusy i wiecznie niekompatybilne elementy otoczenia.
    Każdy z nich miał jakiś plan na życie i z chwilą opuszczenia domu rodzinnego zaczęli się customizować.
     Najmłodszy syn, Netbook, był bardzo leniwy, cenił sobie wolny czas i lekką zabawę. Dlatego też postanowił pójść na łatwiznę i zainstalował sobie MacOS. Po kilku minutach system był gotowy, a Netbook mógł buszować w interencie w poszukiwaniu prostych gier flashowych. I tak minęło mu całe popołudnie.
     Starszy syn, Notebook, nie mógł się doczekać frywolnych zabaw z edytorem graficznym, ale do instalacji systemu podszedł nieco poważniej niż brat. Chciał się porządnie zastanowić nad wyborem odpowiedniego systemu, ale jak tylko zaczął to robić, pozazdrościł młodszemu bratu wolnego czasu i zainstalował sobie pierwszą lepszą dystrybucję Linuksa. I już, już. Kilkanaście minut i już był tylko on i Gimp. Cały świat zniknął.
     Podczas gdy bracia dobrze się bawili, najstarszy syn, Desktop, ciężko pracował, żeby móc sobie pozwolić na wymarzony system - Windows 7. Po wielu dniach wyczerpującej pracy wreszcie nadszedł ten moment i Desktop z radością zainstalował sobie Windows 7.
     Młodsi bracia dokazywali, śmiejąc się i bawiąc całymi dniami, a Desktop cierpliwie i z uporem poznawał kolejne opcje swojego systemu.
     Czas płynął spokojnie i leniwie aż do chwili, gdy trzy komputery zostały nawiedzone przez ogromną aplikację webową. Najmłodszy syn, Netbook, zupełnie nie mógł sobie z nią poradzić - jego OS odmawiał posłuszeństwa, podłączył się więc do starszego brata, aby za jego pośrednictwem okiełznać złą aplikację. Niestety, starszy brat też nie mógł sobie z nią poradzić. Spanikowane komputery co sił w procesorach pobiegły do najstarszego brata, żeby im pomógł. Ten zaś ze spokojem odpalił odpowiednie aplikacje wbudowane w swój system operacyjny i wspomógł braci.
     Od tej pory komputery wiedziały, że system operacyjny to nie byle co i jego wybór należy starannie przemyśleć...
    September 11

    Dyzma IT

    Od kilku dni bardzo intensywnie zastanawiam się nad mechanizmem działania portali społecznościowych i obecności na nich pewnych osób. Od pewnego czasu na kilku portalach niepokoi mnie pewien mężczyzna - Sławomir J. Na moje pytania, dlaczego chce mnie zaprosić do znajomych, skoro go nie znam, odpowiada, że owszem, nie znam go, on mnie nie zna, ale miejmy siebie nawzajem w kontaktach. Po co? Właśnie to próbuję ustalić. Od pierwszej próby zwerbowania mnie do swoich "kontaktów" pan J. przysłał mi trzy zaproszenia, a w międzyczasie na jego liście pojawiło się... bez mała 30 moich (a więc już naszych wspólnych) znajomych!  Co ciekawe, wszyscy, których pytałam, kim jest pan J., odpowiadali, że nie mają pojęcia, że zaprosił, a w kontaktach ma znajome twarze, więc zaakceptowali, a co! "Bo to taki Dyzma IT"! Kim jest pan Sławomir J.? Czego naprawdę szuka w społeczności IT? Dlaczego zaczął od zera, a teraz ma w kontaktach kilkadziesiąt ważnych dla polskiego IT osób, mimo że nikt go nie zna? Oczywiście, może to być "zwykły user", czytelnik wss czy codeguru albo członek jakiejś grupy offline. Może nawet PRowiec albo HH. Obawiam się jednak, że w takiej sytuacji zapytany, dlaczego kogoś zaprasza, odpowiedziałby zgodnie z prawdą: "Mamy wspólne zainteresowania". Ale jak dotąd zainteresowania pana J. przejawiają się w spamowaniu zaproszeniami. Tylko i wyłącznie. A ja coraz częściej dostaję na skype czy gg wiadomości "Hej, Justyna, wiesz może, kim jest Sławomir J.?". Odpowiadam zatem zbiorczo: nie wiem, nie mam pojęcia, "jest takim Dyzmą IT". Ale może warto się zastanowić dwa razy, zanim się kogoś obcego doda do listy kontaktów...?
    (Pamiętam zdziwienie Karola, jak się okazało, że tylko on ma w kontaktach kogoś, kto tak namieszał, że jego imienia nie wolno wymawiać...)
    August 25

    komparatystyka

    Literatura a rozrywka elektroniczna.
    Dyskusja wre.
    I oto w ferworze walki słów i przeczuć Denim rzecze:
    "Zresztą prawda jest taka, że <<Potop>>, jak się uprzesz, skończysz w jeden dzień. Niektórych gier - nie".
    August 20

    Żegnamy Mistrza.

    17 sierpnia 2009 roku zmarł śmiercią tragiczną nasz ukochany dr Eligiusz Szymanis. Pogrzeb odbędzie się 22 sierpnia (sobota) w Radzyminie. Jeśli ktoś z Was chciałby uczestniczyć w pożegnaniu Mistrza Romantyzmu i Dydaktyki, szczegółowe informacje znajdzie w nekrologu na stronie polonistyki UW.

    Wybaczcie, nie stać mnie na żaden komentarz.

    August 07

    Visual Kebab

    Zastanawialiście się kiedyś nad poszerzeniem ulubionych aplikacji o NAPRAWDĘ PRZYDATNE funkcjonalności? - Mielibyśmy np. takie zjawiska, jak Visual Kebab, Open Whooper, Gimpo-batonik czy iTea...
    Okazuje się, że nocna pora nie służy tworzeniu analiz, choć zawsze myślałam, że właśnie jak najbardziej tak... 
    August 04

    Windows zatrzymuje czas...

    Stanął Wam kiedyś Vistowy zegarek? :-)

    czas bardzo letni

    Wakacje w pełni. Wszyscy wokół w spodniach i sukienkach w wersji CORE. I te kartki z pozdrowieniami znad morza. A u mnie jak zawsze praca na pierwszej warstwie. Kiedyż to się zmieni? :-)

    enigmatycznie

    Walka o pewien określony tytuł roku rozpoczęta.
    Nic dodać, nic ująć.
    May 25

    CodeCamp 2009 : -)

    Już w najbliższą sobotę, 30. maja, w Krakowie odbędzie się CodeCamp 2009. Ot, taka programistyczna majówka - jeszcze majówka, choć tuż tuż przed Dniem Dziecka ;-). Oczywiście, serdecznie zachęcam do udziału w imprezie - sama pewnie nie dam rady tam dotrzeć, ponieważ dopadła mnie sesja egzaminacyjna, a do Krakowa z Warszawy kawałek drogi jest, ale wierzę, że będzie baaaardzo ciekawie. Liczę na liczne (ach ten język) relacje z wydarzenia!

    wyborcza perełka z czwartku

    W czwartkowym wydaniu "Gazety Wyborczej" na ostatniej stronie znajduje się artykuł pt."Kibolski Puchar Polski", zawierający opis finału Remes Pucharu Polski między Ruchem Chorzów a Lechem Poznań. Czytamy w nim: "Gdy ochroniarze zostali ranieni przez bandytów, policja użyła broni gładkolufowej. - Dwudziestu ochroniarzy jest rannych, dwóch ma podejrzenia złamań, jeden wstrząśnienie mózgu. Na szczęście nikt nie trafił do szpitala". No cóż. Czyżby stan polskiej służby zdrowia był aż tak zły, że ranni cieszą się, że nie wzięła ich pod swe opiekuńcze skrzydła?